----------Niezależny Portal Regionu Ostródzkiego----------

TWÓJ REGION W PIGUŁCE - WIADOMOŚCI | TURYSTYKA | OGŁOSZENIA | REKLAMA

Siła, którą nie łatwo zdefiniować, lecz pewność mam co do jej istnienia. Podobnie jak do obecności kwarków, czy promieniowania kosmicznego. Zakamuflowane gdzieś w przestrzeni, niewidoczne, lecz mocno oddziałowujące na nasze życie. Prowadząc swe myśli prostą ścieżką, spróbuję wyjaśnić o co chodzi. Zapraszam. 

O samorządności pisałem dawno temu. Dziś zaproponuję wyższy level, zmierzający do przybliżenia idei samorządu, lub inaczej - samostanowienia. Kilka lat temu, pisząc: „Kto i dlaczego podcina skrzydła samorządom”, dokonałem amatorskiej próby wzmocnienia idei samorządności, oraz jej obrony przed zakusami warszawskiej centrali (przejmowania ich kompetencji i pieniędzy, którymi dysponują). Centralne sterowanie już było i - na całe szczęście, skończyło się z wielkim przytupem. To samorządy winny być „małymi księstwami”, które rozkochują w sobie mieszkańców. Tak właśnie być powinno. Samorząd, – czyli mała społeczność – i mieszkańcy skrawka ziemi, którzy razem stanowią siłę, monolit, zgrany zespół, lub „zakochaną parę”. Spodobało mi się to porównanie: „zakochana para”. Wzajemnie się adorująca, troskliwa, roztropna. Nawet w miłości przechodzą trudne momenty, lecz ta samorządu z jego mieszkańcami, misi być trwała, bezgraniczna, szczera i planująca własną przyszłość. W przeciwnym razie wyhodujemy coś na wzór hybrydy, którą klasyk określiłby: „nie chcem, ale muszem”. Nam nie zależy, Oni (ludzie decydujący o kierunku i prędkości rozwoju „małego księstwa”) udają, że chcą, lecz wszyscy musimy. To właśnie sedno braku rozwoju samorządności. Oni udają, my udajemy - wszyscy ściemniają. Efekt – marazm, apatia, 40% frekwencji przy urnach wyborczych, oraz masowy exodus młodych ludzi. W dalszej konsekwencji wysokie stołki zajmują przypadkowi ludzie. Dlaczego? Bo ci, którzy nadawaliby się, zniechęceni, nie widzą dla siebie miejsca we wspólnej adoracji. Za to tych, dla których stwarza się możliwość wykreowania, dorobienia do nauczycielskiej pensji - korzystają z okazji. Tych nie brakuje. Dziesięciu na jedno miejsce. To tak wielkim skrócie myślowym – na przełaj. W takich okolicznościach, o jakiej tu miłości mowa? Sami jesteśmy sobie winni, nie uczestnicząc w życiu społecznym. Świadomy i mądry wybór ludzi, to sól samostanowienia o sobie. O losie naszych rodzin. To, czy myśląc o tym miejscu czujemy „motyle w brzuchu”, zbieranie na wymioty, czy zaczynamy rozważać wyprowadzkę. To właśnie sedno samorządności, nie pięć metrów położonego chodnika, czy docieplona szkoła. Bo jeśli nie będzie miłości, to wykształcone w docieplonej szkole dzieciaki prędzej czy później wyjadą. To jest nasz pomysł?

 

Moja recepta na „samorządową miłość”

Przede wszystkim więcej angażujmy się w życie na własnych osiedlach. Zainteresujmy się wspólną przestrzenią, w której przyszło nam żyć. To krok pierwszy. Później żądajmy konsultacji społecznych. Więcej inicjatyw w naszych rękach. Więcej stowarzyszeń, które przejmą funkcję zarządzającą miejskim majątkiem (np. OCSiR i wiele innych). Prowadźmy dialog społeczny, którego w ogóle nie ma. Więcej przejrzystości, więcej transparentności. Jeśli nikt z nami nie rozmawia, demontuje (rękoma radnych) ważną komisję, to do naszego odbioru sytuacji wkrada się podejrzliwość i brak zaufania. Czy to takie trudne do zrozumienia? Jeśli radny „X” głosuje przeciwko rozwiązaniom ułatwiającym życie mieszkańcom, np. I Dywizji, to co dobrego myśleć o takim radnym? Kopnąć w go w cztery litery, czy drugi raz nie popełnić błędu przy urnie wyborczej? Komu właściwie potrzebny jest taki reprezentant? Zapytam inaczej: w czyim interesie tam występuje i kogo reprezentuje? Taki wzajemny brak zaufania doprowadzić może jedynie do rozwodu, lub przynajmniej separacji. Śledząc ostródzkie życie publiczne, odnoszę wrażenie, że zdecydowana większość mieszkańców wybrała separację. To jeszcze nie rozwód – wyprowadzka, ale nikt nie wnika, nie pyta – żyje własnym życiem. To właśnie jest ANTY-samorządność. Taka kolej rzeczy pasuje tym, którzy na wiele lat przyspawali się do publicznych etatów. I koło się zamyka. Jak to zmienić? Przede wszystkim stawiając na młodych. Dobrze wykształconych ludzi, którzy jakimś cudem jeszcze tu zostali. Nie dajmy się zwieść mrzonkom, że sobie nie poradzą, że są niedoświadczeni. „Doświadczonych” już mamy, ale ci nie potrafią – lub nie chcą – nas rozkochać. Dlatego stawiajmy na młodych. Oni są bardziej kochliwi. Wiedzą jak uwodzić, rozpalać namiętność. Może właśnie im uda się zatrzymać masową ucieczkę naszej młodzieży – z trudem wykształconej w docieplonych szkołach, (żeby była jasność: nie mam nic przeciwko docieplaniu szkół, lecz to nie samorządność, a administrowanie). Być może to właśnie tym młodym uda się zbudować płaszczyznę dialogu społecznego. Może wtedy zacznie nam się chcieć? Młodzi mają to do siebie, że działają instynktownie, z rozmachem, czasami szaleńczo. Dadzą sobie po mordzie, żeby za chwilę wspólnie napić się piwa. „Miłość samorządowa”, to - a przede wszystkim – poprawianie warunków życia mieszkańców. Dostępu do kultury, rekreacji, opieki medycznej i dobrze płatnych miejsc pracy. Dobrze płatnych, to nie 2100 zł brutto! Bo takich tu nie brakuje, lecz godnych zarobków. Jak tego dokonać? Osobiście, wysłałbym kilku urzędników wysokiego szczebla – z zastępcą burmistrza na czele – w rajd po kraju, którego celem byłoby poszukiwanie inwestycji. Niech ganiają szukając pieniędzy na rozwój miasta. To są zadania dla nich, a nie spacery z kawą w ręku po urzędowych korytarzach, knucie jeden przeciwko drugiemu, lub podziwianie ponadprzeciętnej urody urzędniczek. W Polsce pieniędzy nie brakuje, należy je tylko starannie i umiejętnie przyciągnąć. Zmusić się do wysiłku i poświęcenia. Oczywiście o wszystkim informując nas mieszkańców. Pytając nas o wolę i zgodę. No, ale co ja tam wiem… .

 

Co więc z tą siłą? 

Największym potencjałem jesteśmy my sami, tylko nikt nam o tym nie mówi. Ludzki potencjał, to kopalnia wiedzy, determinacji i pomysłów. Jestem gorącym zwolennikiem oddawania w ręce mieszkańców kontroli nad miejskim dobrem. Powstawanie Rad Osiedli, to dobry i pożądany kierunek. Rady powinny przejmować, coraz większą kontrolę nad miejską przestrzenią życia.  Tego jestem zdania i głęboko w to wierzę. Fakt, że do prac, wspomnianych Rad Osiedli nie garnie się zbyt duża liczba chętnych, lecz to pochodna centralnego sterowania, którą instalowano nam przez dziesięciolecia. Mentalnie, dalej po uszy tkwimy w tamtych rozwiązaniach. Nie istnieje coś takiego, jak pedagogika samorządności. Nikt tego programu nie forsuje. Lokalni mędrcy podkręcając wąsa, próbują zrobić dobre wrażenie. Ja już nie chcę „wąsatego samorządu”! Już nie, już wystarczy! „Wąsy” muszą odejść! Wasza samorządowa formuła się wyczerpała. Nie jesteście ani do miłości, ani do pracy. A im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej dla wszystkich – dla was także. Powinno i musi przyjść nowe. Nowe, pełne wigoru, nasączone polotem i odwagą. Może z „mlekiem pod nosem”, ale świeże, otwarte, szczere i pracowite. Takie, dla którego losy tego skrawka ziemi będą stanowiły wartość najwyższą. I to właśnie ta siła! Czy „wąsy” zrozumiały aluzję? Jeśli z trudem dociera, napiszę wprost. Odejdźcie i wstydu oszczędźcie! Lecz czy posłuchają, okaże się za kilka miesięcy. Czy ich nazwiska kolejny raz pojawią się na listach wyborczych? Oby nie!

Z dużym ładunkiem pozytywnej energii. 

Wojtek Szymaniak 

 

Dodaj komentarz

1

Kod antyspamowy
Odśwież