Kacper Tomasiak to nazwisko, które przewija się w mediach. Młody, zdolny, bez kompleksów zdobywca aż trzech medali na Igrzyskach Olimpijskich. Wszyscy zadają sobie pytanie, skąd się wziął, jak zaczynał, czy to tylko szczęście nowicjusza i czy w Polsce po „Małyszo, Stocho, Żyło….” wybuchnie kolejna, tym razem „Tomasiako-Mania”. Znaleźli się zapaleńcy, którzy chcieli być jak on i zbudowali skocznię narciarską pod Miłomłynem!
Chcieli być jak Kacper Tomasiak i zbudowali skocznię pod Miłomłynem
Już po pierwszym medalu Kacpra Tomasiaka do klubów sportowych zajmujących się skokami zaczęło spływać mnóstwo pytań o możliwość rozpoczęcia treningów przez młodych miłośników skoków. O ile w górach ten problem nie jest zbyt skomplikowany, to już u nas na Warmii i Mazurach może być z tym kłopot. Ale nie jest to jak się okazuje niemożliwe, czego przykład daje garstka zapaleńców z naszego regionu, którzy skoki narciarskie postanowili zaszczepić w krainie tysiąca jezior, a dokładnie w Miłomłynie. Właśnie tam, tuż obok Ostródy, niedaleko „siódemki” pojawiła się narciarska skocznia. Tak, skocznia. Widzieliście? Obiekt może i nie imponuje gabarytami, ale skakać można. Odległości? No cóż, równie nie imponujące, ale podobnie jak Kacper Tomasiak, od czegoś trzeba zacząć.

Ja od zawsze interesowałem się skokami, jeżdżę na amatorskie zawody, na typowo amatorskie skocznie — mówi 17-letni Michał Wójcik z Olsztyna, pomysłodawca zrobienia skoczni w Miłomłynie. – Szukaliśmy dość długo odpowiedniego obiektu (górki), który można by przystosować na skocznię. Jest specjalna strona, na której są zaznaczone miejsca, gdzie kiedyś, ktoś próbował skakać. Były tam współrzędne miejsca w okolicach Miłomłyna, to było jedyne wskazane miejsce w północnej Polsce. Odnaleźliśmy je, ale nie od razu był pomysł zrobienia tam skoczni. Dopiero po pewnym czasie zdecydowaliśmy o jej budowie.
Prace na budową skoczni rozpoczęły się jesienią ubiegłego roku. Szły bardzo sprawnie, bo pozostałości po dawnym obiekcie już były. Skocznia między innymi była dobrze wyprofilowana. Trzeba było tylko usunąć stare elementy i zastąpić je nowymi. Michał nie był oczywiście sam. Z pomocą ruszył przyjaciel rodziny.

Michał ma bzika na punkcie skoków, ja tak sobie — mówi Paweł Krakowiak, główny wykonawca skoczni, przyjaciel rodziny Michała. – Jak ktoś ma pasję, to trzeba pomóc ją realizować. Zebraliśmy potrzebne materiał, wzięliśmy do pomocy dziadka Michała, pojechaliśmy i zaczęliśmy budowę. Całym koordynatorem prac był Michał. On w małym palcu ma szczegóły tego, co trzeba było zrobić, jakich materiałów użyć.
Prace na budową skoczni trwały 3 weekendy. Pojawił się najazd, próg, belki startowe, sztuczna specjalna trawa do skoków bez śniegu wszystko, a zwieńczeniem wysiłku pierwsze skoki i radość z nich, a jak się później okazało pierwsze problemy. Bo zapał to nie wszystko. Skoki Michała zostały nagrane i wrzucone między innymi na stronę Polskiego Związku Amatorskich Skoków Narciarskich. Film zrobił furorę, ale też zainteresował właściciela terenu — nadleśnictwo.
Przyznam się, że zdawaliśmy sobie trochę sprawę, że może z tego wyjść jakiś kłopot – dodaje Paweł Krakowiak. – Jednak liczyliśmy na jakąś delikatną wyrozumiałość. Nie była to wielka ingerencja w las, nie było betonowych elementów. No cóż, stało się tak, że kazano nam skocznię rozebrać. No trudno, przepisy są przepisami. Może kiedyś wrócimy do tematu i zrobimy tam skocznię całoroczną.

Skocznia budowana w 3 weekendy została rozebrana w 3 godziny. Jej elementy trafiły do magazynu, jednak zarys skoczni pozostał. Cały czas jest naturalny najazd i próg, więc gdy na tym wszystkim leży śnieg, to spokojnie można „latać”. Trzeba się jednak spieszyć, bo z tym śniegiem to różnie bywa. A tak na koniec, czy nawet mała, leśna, amatorska skocznia to nie byłaby dodatkowa atrakcja Mazur Zachodnich ?


/-migi/





